cicha-chwila blog

Twój nowy blog

ot tak.

Brak komentarzy

a sobie napiszę. i może sobie będę pisała, jak mnie najdzie ochota jaka.
bo dźwięków ostatnio pełno a ja lubię jak jest dużo dobrych dźwięków.
no bo tak. Sobie wychodzi taki chudy, niepozorny Gostek w białym, pogniecionym T-shircie na scenę a jak zaczyna śpiewać to ja jestem cała zakochana. Magia, nie muzyka :)
Dzięki Bogu za piękne dźwięki!

No to muzycznie spełniona, biegnę spać.

Jest cudnie!

Ewidentnie dzisiejszy dzień powinien być zaznaczony w kalendarzu jako DZIEŃ NIEZREALIZOWANYCH PLANÓW. Bym sobie spojrzała w kalendarz, przeczytała i bym wiedziała, że urlop lepiej wziąć jednak kiedy indziej, bo dziś i tak nic nie załatwię. Ale niestety mam kiepski kalendarz, albo jeszcze nikt na to nie wpadł, nie przeczytalam, nie wiedziałam i urlop wzięłam dziś. 
Plany były następujące: 
1. jechać do CNK i kupić bilety w ilości czterech jako prezent,
2. nareperować zębisko u dętysty
3. jechać na basen
4. jechać na fryzjer
5. pomalować pierniczki
Rzeczywistośc była natomiast nieco odmienna, albowiem powyższe punkty wyglądały tak:
1. jechać do CNK z przygodami, bo autobus odmówił zatrzymywania się na przystanku gdzie powinnam wysiąść. Dojść cudem na pieszo do CNK i zostać zatrzymaną przez masę ochroniarzy, którzy nie wpuszczają, bo ‚akurat dziś CNK jest zamknięte’. Wrócić bez biletów.
2. usłyszeć, że zębisko jednak chwilowo nie nadaje się do naprawy i czekamy aż mu się poprawi humor.
3. wykąpać się w wannie.
4. usłyszeć, że fryzjer nie ma czasu
5. pomalować kuchnię na niebiesko, bo jak się okazuje barwniki spożywcze są wyjątkowo wydajne. I jakieś 0,01 g wystarcza na pomalowanie caluśkiej kuchni i caluśkiego ciała wystającego spod ubrania ( również wymalowanego)
ale jest cudnie!
Niech żyją urlopy jednodniowe!:>

weekendy!

Brak komentarzy

Są takie momenty, kiedy się kocha życie bardziej. No to ja mam właśnie taki moment. Sobie kocham bardziej, prawie jak Edyta Geppert. 

Wiadomo nie od dziś, że człowiek zaczyna coś doceniać dopiero jak mu tego brakuje. Z tej okazji zaczęłam mocno doceniać czas i każdą wolną chwilę. Miałam pierwszy od nie-pamiętam-kiedy wolny weekend. Łał! 2*24 godziny z którymi mogę zrobić co tylko zechcę!! :-) Przyznam, że z wrażenia w sobotę rano miałam pewien problem z wybraniem ‚tego co tylko zechcę’, ale po krótkich wewnętrznych debatach doszłam sama ze sobą do porozumienia :) 
Rety, ile można cudownych, niekonstruktywnych rzeczy zrobić w 48 godzin!! 
Można sobie na przykład poleżeć w wannie z najdurniejszą gazetą jaka była w sklepie ( jednak utwierdziłam się w przekonaniu, że tego nie da się czytać:> )
albo można pograć na pianinie godzin kilka
i pośpiewać karaoke!
i pomalować paznokcie, których i tak już nikt nie widzi, żeby mieć świadomość, że są cudne amarantowe
i kupić kwiaty, 
i poplotkować z Mamą, 
i obejrzeć zdjęcia z wakacji z Piptakami zajadając chałkę z masłem,
i poszukać noclegu na weekend, 
i zamówić ślicznie pachnące perfumy, 
i poprzytulać do Siostrzeńców, 
i odpisać na zaległe maila do których siadało się już razy kilka, ale nigdy nie starczało czasu, żeby skończyć, 
i zjeść całą górę lodów z jeszcze większą górą owoców, 
i pościelić łózko!!  
A na koniec można iść i podziękować za to, że jest za co dziękować!
Weekendy są piękne! :-)

Zachciało mi się iść na studia, to sobie polazłam. A jak już sobie studiowałam to nie pomyślałam o tym, że jednocześnie można robić inne rzeczy. I nie myślę tu o spotkaniu się ze znajomymi, pisaniu, graniu ani nawet jeżdzeniu samochodem, ale o na ten przykład pracy. Sobie myślałam, że przecież całe życie będę jeszcze pracować, że  mam na to czas. Za to młoda za lat trzydzieści parę to już nie będę. No, przynajmniej teoretycznie. Także tego. Studiowałam i korzystałam z młodości mej na sposoby różne, o pracy myśląc niewiele. I było mi wesoło bardzo, do czasu kiedy bezrobocie osób z wykształceniem wyższym ( które zdobyłam w tak zwanym międzyczasie ) wzrosło z 2% do ponad 10%. Jak powszechnie wiadomo rzadko kiedy znajduję się w większości, także tutaj również nie mogło być inaczej :) Słowem: szukam pracy! Mówiąc bardziej obrazowo, co jakiś czas wkładam eleganckie łaszki, zaczesuje równo włosy i gnam do któregos z licznych warszawskich biurowców przekonywać innych jaka jestem cudowna:) Idzie mi średnio, chociaż raz udało mi się dwóch Panów przekonać, że jestem świetna, z tym że oni nie przekonali mnie. A jak wiadomo, do tanga trzeba dwojga, także szukam dalej :) I dalej zwiedzam Biurowce-wszelkiej-maści, licząc na to, że jest ich ilość skończona i że jak już zwiedzę wszystkie to ktos mnie zatrudni. A póki co, korzystam z bezrobocia, tudzież Umowy Wakacyjnej Na Czas Nieokreślony :)
Oj pewnie jeszcze będę wspominała ten czas z tęsknotą ;) a tymczasem wracam do czytania swojej babskiej książki! A co, wolno mi! :)

No i stało się, że lat skończyłam dwadzieścia pięć. Całe ćwierćwieku. Kto by pomyślał, że można mieć tyle lat?! Czyjeś dwadzieścia pięć lat nie dziwiło mnie ani trochę, ale siebie juz o to nie podejrzewałam :)
Mam wrażenie, że zatrzymałam się gdzieś przy osiemnastych urodzinach i dalej tam sterczę przy tej osiemnastej świeczce. Może niechlujnie je wtedy zdmuchnęłam,albo zdmuchując pomyślałam kiepskie marzenie i nie zostało zaliczone… bo jak to inaczej wytłumaczyć?
Z roku na rok nie zmienia się absolutnie nic. No, może zmarszczek mam więcej na czole, od marszczenia się od słońca, i pewnie na lewe oko widzę co raz gorzej, ale na przykład pracy jak nie miałam tak nie mam, przez 25 lat nie nauczylam się też zamykać szafy, jak wyjmuję z niej spodnie ani podejmować szybko decyzji bez analizowania wszystkich ‚za’ i ‚przeciw’, nadal nie umiem chodzić na szpilkach i robić sobie makijażu.
Z drugiej strony, może to są cechy, które mnie po prostu determinują? I nawet jak lat będę miała osiemdziesiąt pieć to i tak decyzję w sprawie położenia obrusu na wizytę wnuczków będę podejmowała trzy dni? I może to wcale nie musi się zmieniać? Może o tym, czy się człowiek cofa, czy idzie na przód świadczy wcale nie ilość zniszczonych butów, ani nie ilość wyuczonych wzorów i przeczytanych książek ani tymbardziej ilość opakowań fluidu, które się zużyło, tylko na przykład ilość uśmiechów skierowanych do innych osób, ilość razy, kiedy człowiek pokona swoje słabości albo ilość razy kiedy się kogoś wysłuchało, gdy było mu źle?
Bo jak to jednak te fluidy i szpilki i szybkie decyzje to ja chyba nie chcę. Mogę dalej sterczeć przy tej osiemnastej świeczce. Przynajmniej nadal mi wszystko wypada. Nadal mi wypada śmiać się głośno w tramwaju, albo sypać się liśćmi w parku, czy też śpiewać na głos idąc ulicą. A w nosie z tym starzeniem! ;-)

Wyręczyciel

4 komentarzy

Czasami by się chciało coś napisać, ale człowiekowi nic nie przychodzi do głowy. A czasami przychodzi do głowy tak dużo i takie to skomplikowane, że nie wiadomo jak to się za to zabrać, żeby napisane, chociaż w częsci oddawało to co siedzi w głowie. Się nagle okazuje, że człowiek zna za mało słów, za mało znaków przystankowych, za mało porównań, czy przenośni. I nijak nie da się przekazać tego co człowiek sobie czuje. I wtedy, wtedy czasami z pomocą przychodzą poeci. Nagle się okazuje, ze był taki co czuł się podobnie, ale co mu jakoś lepiej szło przelewanie tego na papier. I paradoksalnie się okazuje, że ktoś kogo się nawet nie widziało, z kim się nawet nie miało szans spotkać, bo zmarł zanim się urodziłeś, potrafił lepiej opisać to co Ci siedzi we łbie niż Ty sam. No i w chwili obecnej takim moim Wyrręczycielem W Wyrażaniu Myśli jest Wystan Hugh Auden. W przekładzie Pawła Lesisza pisał On tak:

Niech staną zegary, zamilkną telefony,

Dajcie psu kość, niech nie szczeka, niech śpi najedzony,

Niech milczą fortepiany i w miękkiej werbli ciszy

Wynieście trumnę. Niech przyjdą żałobnicy.


Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije

I kreśli na niebie napis: „On nie żyje!”

Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych,

Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.


W nim miałem moją Północ, Południe, mój Zachód i Wschód,

Niedzielny odpoczynek i codzienny trud,

Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew.

Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie: myliłem się.


Nie potrzeba już gwiazd, zgaście wszystkie, do końca;

Zdejmijcie z nieba księżyc i rozmontujcie słońce;

Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień.

Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się


A co ja mogę? Ja się mogę tylko podpisać.

 

Są takie dni, albo nawet tygodnie, że człowiek jest, a trochę jakby umarł. I niby chodzi, rusza się, coś tam gada i nawet je, ale jakby nie do końca był. No i wtedy trzeba się pobalsamować. A raczej, duszę trzeba pobalsamować swą. A balsamować to można, i każda kobieta to wie, na sposobów wiele. Na ten przykład można buty kupić. Z tymi butami, to nie wiem o co chodzi, ale na filmach kobiety sobie zawsze buty kupują, więc co? Gorsza nie będę. A, ze akurat zima się zbliża a ja po śniegu to za bardzo nie mam w czym chodzić, to poszłam za głosem moich zmarnzniętych stóp i sobie kupiłam buty_ciepłe_bardzo_mam_nadzieję. Ale jak to w ‚Lejdis’ zostało powiedziane „Jest czasem taki dzień w życiu kobiety, że nie cieszy cię kolejna para butów po przecenie”. No to chyba miałam taki dzień. Albo jednak ta przecena to ważny element zakupów-tak tez moze być.
Jak się okazuje, w moim przypadku najlepiej balsamują cudze uśmiechy. A jaka to oszczędność! ;-)
No więc idąc tropem uśmiechów, pouśmiechalam się ostatnio trochę.
Trochę się pouśmiechałam w miedniewickich progach, tam to tak po cichu, ale nie mniej intensywnie.
A potem na Antka Rozpylacza się pouśmiechałam do Zuzi.
No i przy kawie się też pouśmiechałam.
I jeszcze do Pana, który obdarował mnie czekoladowym batonem, ot tak.
to sobie pomyślałam, że uśmiechnę się i tutaj.
:)

Na wyspę chciałam. Bylejaką, byle daleko, byle ciepło, byle była woda, byle nie było ludzi, krabów, węży i szczurów. I żeby jakieś kokoski były, co bym z głodu nie poumierała. Bo szkoda trochę by było, młoda taka. No to chciałam na wyspę i chciałam ale coś jakoś mi się nie spełnia. Zadnej bezludnej wyspy, no ani jednej. No to sobie myślę: życzenie trzeba najwyraźniej zmienić, skoro to się nie spełnia. No więc mam nowe. Niedźwiedź brunatny. I nie, ze chcę mieć takiego niedźwiedzia, bo na co mi taki niedźwiedź, jak on mi się w pokoju nawet nie zmieści? Ja bym owym chciała być po prostu. Albo niedzwiedzicą. Tez mogę. Co mi szkodzi.
Sierść mi się zgadza – takie mam włosy ciemno brązowe, to bym się farbować nie musiała, bo jakoś farbowania nigdy nie lubilam. Mogłabym sobie jeść do woli! W końcu niedzwiedź mniej niż 200 kg nie waży, a nawet jak sobie poważy 600 to też przeciez nie wyrośnie ze spodni. To sobie może jeść lody w nieskończoność i czekolady i tofinki i pieguski i czego mu się tam chce. A jeżeli chodzi o niedźwiedzią dietę, no to może grzyby i ślimaki i jelenie no to tak nie koniecznie, ale miód , owoce i nasiona to ja chętnie. No więc chcę być niedźwiedziem. Bym sobie poszła spać, obudziła się na wiosnę. A do wiosny to przecież wszelkie troski byłyby zapomniane. No i jest słonko! A poza tym, w ogóle! kto jest smutny na wiosnę?!

No to sobie teraz marzę. O wiośnie i o śnie zimowym. I o byciem Niedzwiedzicą pożerającą tofinki. a co mi tam. Marzyć to sobie wolno.

W piątek zostało udowodnione, że jestem zboczona. Na punkcie skrzypiec. Jest sobie zespół, którego nigdy bym nie słuchała a ‚wrzucą’ tam skrzypka i już jestem fanką. Może nie taką co się drze pod sceną, rzuca biustonoszami w artystów czy wiesza plakaty na scianach, ale pełnowartościową fanką. Co wiecej, okazało się, ze jestem fanką nie tylko Jelonka ale i saksofonu z Parov Stelar Band. No i tak o .
Jestem też Sierotą, co z kolej udowodnione zostało w niedzielę. Bo przecież po co znać się na zegarku jak można pojechać godzinę za wcześnie? W dodatku w chwili
kiedy przekroczyłam bramę kampusu zaczęło padać. Nie, padać to złe
słowo , lać zaczęło. Nawet LAĆ. Tak więc koncert Sidney Polaka, na
który pojechałam spędziłam w akademiku. Dobrze że chociaż miałam jego
jedną piosenkę nagraną na mp3 to sobie posłuchałam w drodze ;-)

Na
szczęście udało mi się kilka osób z akademika wyciągnąć.
Dziewczynom się nie chciało, więc miałam świetną pięcioosobową męską
obstawę ;-) Zmokliśmy niemiłosiernie, ale za to dostaliśmy ładne kubki
termiczne ( żeby leczyć przeziębienie herbatą z miodem chyba;-) ) i
pośpiewaliśmy sobie wspólnie przeboje:)

kilka końców w moim życiu.
za tużo o ten jeden.

zapachy.

1 komentarz

sobie tak siedzę i sobie pachnę grejfrutem.
a poza pachnięciem to sobie też wącham. Na ten przykład herbatę, bo wiśniowa. Albo konwalie, bo konwaliowe. Albo deszcz, bo żeśki.
Zapachy są jednak klawe.

Wiosnę mamy taką nieco wybrakowana w tym roku. Słońca jej brakuje, za to solidnie nas obdarza deszczem. Ja tam deszcz lubię, zwłaszcza jak jestem w domu z herbatą ( co to tak pachnie ) i pod panterkowym kocem. Najlepiej z jakąś książką w ręku. No lubię ten miarowy stukot kropel o paraper czy szybę i szum wiatru. Wyłączam wtedy radio i sobie deszczu słucham jak muzyki. Serio lubię, ale żeby tak non stop? W eleganckich spodniach i butach na obcasach to się średnio po kałużach chodzi . Ale to pół biedy. Cała bieda w tym, że na spacer nie mogę iść do mojego parku. Tzn.  isć to ja sobie mogę, ale popływać chyba, a ja preferuje tam huśtawki tudzież leżenie na trawie.  No więc co? pozostaje chyba tylko odtańczyć jakiś indiański taniec przeganiający deszcz a jak i to nic nie da to usiąść w dresach z herbatą i uśmiechem i czekać na słońce.
tak też czynię.


  • RSS